Oskarżony, bliscy, uczestnicy wypadku, koledzy i koleżanki
Kilkadziesiąt osób stawiło się w sali rozpraw w czwartkowy poranek w Sądzie Okręgowym w Lublinie, na początku procesu Szymona C. Rodzice oskarżonego, matki i najbliżsi tragicznie zmarłych Filipa i Mateusza, kilku uczestników wypadku, koledzy i koleżanki młodych mężczyzn jadących feralnego dnia toyotą przez ul. Ogrodową w Chełmie.
Szymona C., który 20 lat skończył kilka dni temu, do sali wprowadzili policjanci. Elegancka czarna koszula, czarne spodnie, zadbane włosy do ramion, starannie przystrzyżona broda. Obok niego zasiadła dwójka adwokatów. Młody mężczyzna był skuty kajdankami, od marca ub.r. przebywa w areszcie. Zachowywał się spokojnie. Mówił cicho, powoli. Momentami łamał mu się głos, z trudem ukrywał emocje.
Dziesięciu w aucie
O tym przerażającym wypadku mówiła cała Polska. W nocy z 29 na 30 marca w Chełmie zginęło dwóch nastolatków. Szczególną uwagę opinii publicznej zwróciły okoliczności tego zdarzenia. Przede wszystkim to, że niewielkim autem osobowym, które uczestniczyło we wspomnianym wypadku, podróżowało jednocześnie... dziesięć osób.
Ustalili, że pojadą wszyscy naraz
Wszyscy to nastolatkowie, którzy chwilę wcześniej bawili się na imprezie urodzinowej jednego z nich. Młodzi mężczyźni ustalili, że pojadą... wszyscy naraz. A mowa o 5-osobowej toyocie avensis, w której jedna z opon była niesprawna. Imprezowicze o tym wiedzieli, bo niedługo wcześniej pojechali nawet na stację paliw, by dopompować koło, z którego intensywnie schodziło powietrze.
Jak ustalili śledczy, mężczyzna, który by trzeźwy, odmówił w tej sytuacji prowadzenia auta (choć w końcu do samochodu wsiadł, ale jako pasażer). Za kierownicą usiadł 19-letni wówczas Szymon C. Miał ponad dwa promile alkoholu.
Z zebranych dowodów wynika, że mężczyźni zajęli miejsca w toyocie w następujący sposób: obok kierowcy na miejscu pasażera usiadło dwóch nastolatków, na tylnych siedzeniach kolejnych trzech, a do tego jeden z położył się im na kolanach, natomiast pozostała trójka pasażerów wsiadła do bagażnika.
Latarnia, a potem ogrodzenie i dachowanie
Szymon C. jechał brawurowo - stracił panowanie nad pojazdem na odcinku prostej drogi w terenie zabudowanym przy prędkości około... 130 km/h.
Toyota wjechała na chodnik, uderzyła w latarnię, a później w betonowe ogrodzenie. Rajd skończyła, dachując.
- Znajdujące się w bagażniku pojazdu trzy osoby niezabezpieczone pasami bezpieczeństwa w wyniku działania siły odśrodkowej zostały wyrzucone z pojazdu w kierunku metalowych przęseł ogrodzenia, czego następstwem była śmierć dwóch osób - opisywała prokurator Agnieszka Kępka z Prokuratury Okręgowej w Lublinie.
Wypadku nie przeżyli dwaj 18-latkowie: Filip i Mateusz. Obaj, uderzając w metalowe ogrodzenie, doznali śmiertelnych obrażeń przede wszystkim głowy. O większym szczęściu może mówić kolejny z nastolatków, bo dla niego wypadek nie skończył się zgonem, a "tylko" ciężkimi obrażeniami. Pozostali uczestnicy zdarzenia odnieśli mniejsze obrażenia.
Szymon C. był w na tyle dobrym stanie, że dał radę na jakiś czas oddalić się z miejsca zdarzenia.
Biegli ocenili później, że jedną z głównych przyczyn zdarzenia było zsunięcie się opony z prawej tylnej felgi - opona miała niskie ciśnienie, auto pędziło z nadmierną prędkością, a na dodatek było wyraźnie przeciążone.
Przyznał się, ale nie do wszystkiego
Kierujący toyotą Szymon C. częściowo przyznał się do popełnienia zarzuconego mu umyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym, zagrażającej życiu i zdrowiu dziewięciu osób, kwestionując jednak umyślność swojego czynu. Nie przyznał się do ucieczki z miejsca wypadku - twierdzi, że się oddalił, ale za chwilę dał się odnaleźć służbom.
Takie też stanowisko oskarżony przedstawił na czwartkowej rozprawie. Szymon C. odmówił w sądzie składania wyjaśnień. Sędzia zatem przeczytał zapis jego zeznań, które złożył podczas śledztwa. Oskarżony przyznał wtedy, że podczas imprezy pił wódkę. Siadł za kierownicę, gdy grupa wpadła na pomysł, by pojechać nad pobliski zalew.
"W samochodzie nikt nie czuł się zagrożony i dopingowali mnie, żebym jechał szybciej" - odczytał zeznania Szymona C. sędzia Marek Woliński.
"Pamiętam, że na Ogrodowej najechałem na dziurę i straciłem kontrolę nad pojazdem. Pamiętam huk uderzenia w latarnię, nie pamiętam samego dachowania. Może straciłem na chwilę przytomność. Ocknąłem się w aucie. (...) Gdy wyszliśmy z samochodu, usłyszałem krzyk Eryka, że Mateusz nie żyje. Myślałem, że to sen. Usłyszałem krzyk kogoś, żebym uciekał. Nie dochodziło do mnie, że to dzieje się naprawdę" - odczytano w kolejnym fragmencie.
Skrucha oskarżonego. "Chciałbym przeprosić z całego serca"
W czwartek w sądzie Szymon C. postanowił okazać skruchę.
- Chciałbym przeprosić z całego serca, ponieważ to dla mnie też jest bardzo ciężkie i nie wyobrażam sobie, co państwo muszą czuć. Straciłem dla mnie dwóch ważnych przyjaciół i naprawdę przepraszam - mówił drżącym głosem, próbując powstrzymać łzy.
"Mam do ciebie ogromny żal, Szymon. I mi ciebie też jest żal"
Matki Filipa i Mateusza, które w procesie występują w roli oskarżycielek posiłkowych, z trudem wspominały dzień tragedii.
- Była godz. 5 rano, Filip nie odbierał. A zawsze wracał na noc do domu. Kilka godzin później przyjechali rodzice jednego z chłopców i powiedzieli, że doszło do tragedii, że Filip nie żyje. Pojechaliśmy go szukać. W szpitalu go nie było, na policji odesłali nas do kostnicy. Okazano mi syna, potwierdziłam, że to jest moje dziecko. To był koszmar - mówiła kobieta.
Adwokat Szymona C. zapytała ją, czy przyjmuje przeprosiny oskarżonego.
- Przyjmuję. Chyba. Nie wiem. Szkoda mi też Szymona... Moje dziecko nie żyje, moje dziecko miało całe życie przed sobą. Nawet nie dostąpił matury. Nic mi nie zwróci syna. To jest najgorsze, co może przeżyć matka: pochowanie własnego dziecka - odpowiedziała matka Filipa.
Z drugim z tragicznie zmarłych, Mateuszem, oskarżony znał się od czwartego roku życia. Byli przyjaciółmi, popołudnie przed feralną imprezą spędzili w domu jednego z nich.
- To było moje jedyne dziecko, wsparcie, przyszłość. Teraz zostałam sama - mówiła zrozpaczona kobieta. - Mam do ciebie ogromny żal, Szymon. I mi ciebie też jest żal. Tyle razy zastanawiałam się, czy ja mam cię nienawidzić, czy ci współczuć... I ja nie wiem. Życia Mateuszowi nikt nie wróci, a ty masz całe życie przed sobą - odpowiedziała na pytanie o przyjęcie przeprosin Szymona C.
Kolejna rozprawa na początku lutego. Swoje wyjaśnienia złożą wtedy uczestnicy wypadku. Szymonowi C. grozi do 15 lat pozbawienia wolności.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.