Koszykarze z Lublina nie byli faworytami meczu w Warszawie, ale zaczęli go całkiem nieźle. Trzymali się blisko rywali przez około pięć minut, ale niestety zwolnili tempo i dali sobie odskoczyć. Już na początku pierwszej kwarty przegrywali 26:21. W drugiej odsłonie było nieco lepiej i w jej pierwszych minutach "Startowcy" zdołali wyrównać do stanu 29:29. Dalej jednak znów było gorzej i przed długą przerwą Dziki odskoczyły jeszcze wyraźniej i prowadziły 49:37.
Druga połowa dla fanów zespołu Wojciecha Kamińskiego była już jedynie przykrym doświadczeniem. Drużyna z Warszawy konsekwentnie dokładała kolejne punkty i korzystała ze strzeleckiem niemocy czerwono-czarnych. W samej końcówce trzeciej kwarty miejscowi mieli nawet 27 punktów przewagi, by po jej zakończeniu prowadzić 79:55. W ostatniej odsłonie mieliśmy do czynienia z klasycznym dogrywaniem meczu bez żadnej presji i z wieloma akcjami bez obrony. Kilka celnych "trójek" Lublinian było jednak marnym pocieszeniem w obliczu kiepskiej gry i ogromnej przewagi rywali. W samej końcówce trener Kamiński dał już pograć rezerwowym i w zespole zadebiutował wychowanek Piotr Mazek, a urazu doznał jeszcze Michał Krasuski. Finalnie Dziki wygrały 103:72.
Z bilansem 8-16 zawodnicy z Lublina zajmują dopiero 14. miejsce w lidze i mają już tylko teoretycznie szanse na awans do fazy play-in. Do rozegrania pozostało im pięć meczów.
Dziki Warszawa - PGE Start Lublin (26:21, 23:16, 30:18, 24:17)
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.