reklama

Nie podobają się kury? To pod Lublinem będzie meczet. „Jacyś muzułmanie się znajdą”

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Nie podobają się kury? To pod Lublinem będzie meczet. „Jacyś muzułmanie się znajdą” - Zdjęcie główne
Autor: Krzysztof Janisławski/grafika Współnotas | Opis: Była szkoła, będzie meczet?

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Z LublinaDał się poznać w Warszawie i okolicach. Tam było głośno o kozach. Także martwych. Pod Lublinem pierwsze skrzypce grają… kury.
reklama

 „Wioska alkoholików i degeneratów” – Rustam Khaybulaev nie gryzie się w język. Miejscowi unikają epitetów, nie chcąc dawać pożywki oskarżeniom o rasizm. Mówią, że problemem są kury. Ale po kolei.

Z naszą redakcją skontaktował mieszkaniec wsi Wypnicha w gminie Michów. To ok. 30 km na północ od Lublina. Poprosił o interwencję. Powiedział, że chodzi o uciążliwą hodowlę prowadzoną we wsi.

Promowanie tradycji, religii i kultury Kaukazu Północnego

Kilka dni później ruszamy wspólnie w pobliże budzącej emocje hodowli kur. Znajduje się na prywatnym terenie. Dawniej była tu szkoła, potem ktoś nieruchomość kupił, obecnie urzęduje tu Fundacja „Wielka Rzecz”.

reklama

Według internetowego Rejestru IO fundacja ta stawia sobie za cel podtrzymywanie i promowanie tradycji, religii i kultury Kaukazu Północnego. Wśród jej zadań jest wymieniona także pomoc dla uchodźców, osób przebywających na terenie RP i cudzoziemców prześladowanych z powodu swojego pochodzenia.

To tylko początek długiej listy podobnych sformułowań. Ale w Wypnisze fundacja hoduje kury.

To samo źródło podaje, że fundacja została założona 9 lipca 2021 r., a jej prezesem jest Rustam Khaybulaev. Używa także imienia Abdullah. Przyjechał do Polski z Dagestanu. 

reklama

Chętnych do rozmowy niewielu

Zabudowa we wsi nie jest gęsta, domy stoją pojedynczo. Budynek dawnej szkoły jest otoczony polami uprawnymi. Z tym terenem bezpośrednie sąsiaduje tylko miejscowy sklep.

Na miejscu, koło sklepu nikt na nas nie czeka. W trakcie rozmowy pojawiają się pojedyncze osoby. W sumie rozmawiają tu ze mną cztery osoby.

- To taka wieś – tłumaczy pan Krzysztof (imię zmienione – wszyscy moi rozmówcy, którzy dotarli na spotkanie przed sklepem kategorycznie chcą zachować anonimowość).- Ludzie boją się wychylać.

Za niewysokim ogrodzeniem chodzą kury. Nie sposób ich zliczyć, ale to zdecydowanie bardziej setki niż dziesiątki. Po trawie nie został ślad, ptaki zażywają piaskowych kąpieli.

reklama

Z relacji pana Krzysztofa wynika, że fundacja pojawiła się we wsi jesienią ubiegłego roku. Początkowo relacje przybyszy w miejscowymi miały się układać poprawnie. Jednak obecnie konflikt narasta. Dlaczego?

Moim rozmówcom nie podoba się, że na terenie byłej szkoły jest prowadzona tak duża hodowla kur. Jak duża? W dniu, gdy byłem we wsi, ptaków miało być tam znacznie mniej niż zwykle.

- Wcześniej było ich tu z tysiąc, biało od kur. Ale przyjechała  kontrola weterynarii, część ptaków Abdullah wcześniej gdzieś wywiózł – twierdzi Irena (imię zmienione). – Poprawił też miejscami ogrodzenie. Choć nie na tyle, żeby kury w ogóle przestały wydostawać się poza teren dawnej szkoły.

Krzysztof dodaje:

- Wszędzie było porozrzucane jedzenie, bochenki chleba. Też to wszystko posprzątał przed kontrolą.

- No i wywiózł pomiot kurzy, a i tak zapach jest bardzo nieprzyjemny – ocenia Andrzej, drugi z rozmówców, (imię zmienione).

reklama

Dlaczego kury na wsi to problem? W skrócie: mieszkańcy mówią, że jest ich bardzo dużo i w efekcie w okolicy daje się we znaki nieprzyjemny zapach. Idzie lato, przyjdą upały, będzie więc pod tym względem tylko gorzej.

Kolejna kwestia to kury chodzące po drodze biegnącej równolegle do posesji fundacji.

- Ostatnio na drodze leżała rozjechana kura w kilku kawałkach, inne rozdziobywały te resztki, przyglądały się temu dzieci – opowiada Irena pokazując plamy na asfalcie. – Właściciel mówił, żebym dzwoniła, gdy kury wychodzą poza ogrodzenie. To jego kury, ja mam ich pilnować?

Była szkoła, jest wielki kurnik

- Ludzie muszą hamować, a i tak dzień w dzień kilka kur rozjechanych. Na pewno nie specjalnie, wszyscy wiedzą, jak zachowują się kury, potrafią w ostatniej chwili zacząć biec pod samochód – opowiada Krzysztof. – Taka rozjechana kura to nieprzyjemny widok a właściciel hodowli ma do nas pretensje. Nasyła policję, twierdzi, że jeździmy za szybko. Patrol tu teraz non stop stoi, łapią ludzi, już komuś wlepili mandat. Szkoda, że władze gminy nic z tym nie chcą zrobić – kontynuuje mężczyzna. – A dzwoniłem, rozmawiałem.

I dodaje jeszcze:

- Z jednej strony Abdullah mówi, że chce się pogodzić, że nie chce konfliktu. A z drugiej wyzywa mieszkańców od pijaków i alkoholików.

Andrzej zwraca uwagę na kwestię placyku sąsiadującego z terenem dawnej szkoły po jej przeciwnej do sklepu stronie. Nazywają go we wsi strażackim.

– Pojawił się pomysł, żeby zorganizować tam plac zabaw dla dzieci. Teraz, w bezpośrednim sąsiedztwie hodowli to niemożliwe. Jakie dziecko będzie się chciało tu bawić?

Mieszkańcy mówią, że jest tam studnia. Zastanawiają się, czy to wskazane, żeby w jej sąsiedztwie była taka duża hodowla. Andrzej dodaje, że hodowca „dyktuje ludziom warunki w środku wsi”.

– Ignoruje nas. Jest coraz gorzej. Ktoś mu zwrócił uwagę, że kury rozdziobują zasiewy. To mu odpowiedział, żeby wziął geodetę, bo nie wiadomo, którędy przebiega miedza.

Podkreśla:

– My nic do niego nie mamy. Niech tu sobie żyje, mieszka, ale niech nam nie utrudnia życia.

Następny problem, na który wskazują moi rozmówcy to śmieci.

– Przerzucają je przez ogrodzenie z terenu hodowli – mówi Krzysztof. – Zarówno od strony drogi, na zarośnięty trawą chodnik, jak i na pole uprawne sąsiada, po drugiej stronie szkoły. Abdullah twierdzi, że to nasze śmieci i je podrzuca, zamiast wynieść do śmietnika.

Moi rozmówcy zdają sobie sprawę, że ich adwersarz oskarża ich o zachowania rasistowskie, więc wypowiadają się na jego temat bardzo ostrożnie.

– My po prostu bronimy swojego, chcemy mieć spokój we wsi, nie konflikt - przekonuje Krzysztof.

Druga z kobiet pojawia się na miejscu ostatnia. Kilkukrotnie upewnia się, że nie podam jej danych osobowych. Mówi, że obcokrajowiec obraża mieszkańców wsi.

– Ciekawe, jakim cudem wszedł w posiadanie ziemi i budynku w Polsce – zastanawia się. – To trzeba wyjaśnić.

– Z tego, co sam mówi, wynika, że ma trzy żony. Czy to w Polsce legalne? – pyta pierwsza z kobiet.

Mam kontakty w ABW, mam kontakty w Komendzie Głównej

Irena odtwarza z telefonu wiadomość dźwiękową od Rustama Khaybulaeva. Ma prawie 15 minut. Mężczyzna mówi w nagraniu, że zmienił się stosunek ludzi ze wsi wobec niego. Zapowiada zgłaszanie spraw na policję i prokuraturę, ale w Warszawie. Bo tutejsi policjanci „to darmozjady”. „Nawet im się nie chce odebrać telefonu” – słychać na nagraniu z telefonu.

Padają też m.in. słowa: „Mam kontakty w ABW, mam kontakty w komendzie głównej, ja sobie poradzę”. I jeszcze: „Co chwila nasyłacie na mnie policję i weterynarię, ja to wyzwanie przyjmuje. Ja się nie boję. Przyjmę mandat, ale jutro ty, razem z tą policją będziesz płakała, że lepiej było tego człowieka nie ruszać. Przyjadę na tydzień, będę zgłaszał wałęsające się psy i kury. Oczekuję, że każdy zostanie ukarany tak jak ja”.

Potem glos przechodzi do tematu budynku dawnej szkoły.

„ Dlaczego żeście doprowadzili tę szkołę, majątek publiczny (do takiego stanu – red.)? Każdy z was tam kradł, opowiadali mi to. Wszędzie śmieci, tony szkła, trzy lata bez dachu. Ale nikt się nie buntował, bo wtedy właścicielem był Polak. Ale przyszedł obcy, posprzątał, uratował i źle. Bo kury ma”.

Czego mieszkańcy Wypnichy, którzy spotkali się ze mną oczekują od prezesa fundacji? Radykalnego ograniczenia liczby kur utrzymywanych na posesji, ustawienia takiego ogrodzenia, które całkowicie uniemożliwi ptakom wychodzenie na zewnątrz, rozwiązania kwestii śmieci. I nieeskalowania konfliktu.

Kilka dni później rozmawiałem z Markiem Kamelą, rolnikiem, który uprawia pole po sąsiedzku z dawną szkołą a obecnie hodowlą kur. Prezentuje stoickie podejście.

- Kury wychodzą za ogrodzenie i wyrządzają szkody w mojej plantacji pszenżyta – przyznaje pan Marek. – Nie jestem z tego powodu zachwycony, ale nic na to nie jestem w stanie poradzić. Rozmawiałem na ten temat z właścicielem przez telefon. Mam się wykłócać? Szkoda nerwów, człowiek żyje tylko raz.

„Alkoholicy i degeneraci”

Rustam Khaybulaev świetnie mówi po polsku. Informuje, że nieruchomość we wsi Wypnicha kupiła Fundacja „Wielka Rzecz”, którą kieruje.

Twierdzi, że na posesji utrzymuje maksymalnie 350 kur z przeznaczeniem na mięso oraz jajka na potrzeby swojej licznej rodziny i znajomych. Zaznacza, że nic nie jest na sprzedaż.

Tłumaczy, że stada dogląda pracownik oraz, rotacyjnie, któryś z jego synów. On sam mieszka z rodziną pod Warszawą.

W przeciwieństwie do mieszkańców nie gryzie się w język.

- To wieś alkoholików i degeneratów – wali prosto z mostu.

Przekonuje, że spotyka się z aktami wrogości ze strony swoich sąsiadów, gdy ci są po alkoholu. Wyraźna niechęć miała być też manifestowana wobec jego syna.

- To są zachowania rasistowskie, a kury to pretekst – przekonuje. – U nas na Kaukazie sąsiad jest jak święty, takie zachowania są nie do pomyślenia.

Jednocześnie zapewnia, że ma też we wsi życzliwych mu znajomych, z którymi nadal utrzymuje przyjazne relacje i którzy go wspierają.

A co z kurami? „Jakaś zawsze wyjdzie”

– Wiadomo, że zawsze się może zdarzyć, że jakaś kura się wydostanie poza ogrodzenie – odpowiada. Jest zdania, że rozjechane ptaki na drodze biegnącej wzdłuż posesji, to nie przypadek.

– Oni tu pędzą samochodami, choć jest ograniczenie do 50 km/h. Kury rozjeżdżają celowo – kontynuuje Rustam Khaybulaev. – I donoszą do weterynarii i na policję.

Stanowczo zaprzecza, że wywiózł kury przed kontrolą weterynarii.

– Raz ich jest więcej z jednej strony budynku, raz z drugiej. Można więc pomyśleć, że teraz jest ich mniej niż wcześniej - przekonuje.

Mieszkańcom wsi zarzuca więc, że rozjeżdżają mu kury i składają na niego doniesienia. Ale to nie wszystko. Ma też pretensje o stan budynku dawnej szkoły.

– Zniknął dach, elementy wyposażania, walczymy z grzybem – wylicza.

Mimo bardzo ostrych słów deklaruje, że chce zgody z mieszkańcami.

– Jeśli oni nie będą dzwonić na policję i weterynarię, to i ja nie będę składać skarg. Ale nie dam sobie zrobić krzywdy i potrafię się obronić – zapowiada.

W przysłanym już po naszej pierwszej rozmowie SMS-e pisze, że jego nieletnie dziecko jest nagrywane przez jednego z mieszkańców. A także, że ktoś robi synowi zdjęcia, ubliża, zastrasza i przeklina.

– Uporczywe nękanie zgłaszam do prokuratury – pisze.

Przesłał też niezbyt wyraźne zdjęcia, na których widać kury przy drodze (poza ogrodzeniem) i zbliżającego się do nich mężczyznę w niecodziennej pozie, przypominającej walczącego boksera.

Na ogrodzeniu budynku szkoły, a obecnie hodowli kur, wisi tablica z napisem „wynajmę” i numerem telefonu Rustama Khaybulaeva. Pytam, jakie ma plany wobec tego miejsca. Nie wyklucza, że po wyremontowaniu budynku podzieli go na mieszkania dla swojej licznej rodziny. Ale równie dobrze może go sprzedać lub wynająć. Czas pokaże.

Podczas kolejnej rozmowy zmienia zdanie i stwierdza, że po remoncie urządzi w budynku meczet. Żeby odegrać się na mieszkańcach.

– Na pewną się znajda jacyś muzułmanie, którzy będą tu przyjeżdżać. W końcu niedaleko Lublin, duże miasto.

Co na to inspekcja weterynaryjna?

Powiatowa Inspekcja Weterynaryjna w Lubartowie potwierdza przeprowadzenie kontroli hodowli kur we wsi.

- Zakończyła się bez uwag – mówi Henryk Kadłubiak, powiatowy lekarz weterynarii.

To znaczy, że nie było zastrzeżeń wobec hodowli. Henryk Kadłubiak informuje, że osoby, które przeprowadzały kontrolę doliczyły się na miejscu ok. 340 kur.

- Przebywają w budynku po dawnej szkole z dostępem do wybiegu na ogrodzonej posesji – relacjonuje. – Karmienie i pojenie odbywa się, zgodnie z wymogami, czyli w zamkniętym budynku. Gniazda dla kur niosek także są w jego wnętrzu.

Czyli podczas kontroli gospodarstwo zajmujące się utrzymywaniem kur na potrzeby własne, niekomercyjne spełniało wymagania sanitarne.

– Maksymalny limit hodowanych w takim gospodarstwie ptaków to maksymalnie 350 sztuk – dodaje Henryk Kadłubiak.

Te i inne obostrzenia wynikają z zagrożenia grypą ptaków. Chodzi o to, żeby zminimalizować możliwość kontaktu kur hodowlanych z dziko żyjącym ptactwem.

Znany także w Warszawie. Z kóz kosiarek na wyspie

Jesienią 2019 r. w mediach zrobiło się głośno o znalezieniu na wyspie na Wiśle w okolicach Mostu Gdańskiego w Warszawie dwunastu martwych kóz. Pozostałe miały być w złym stanie. Należały do Rustama Khaybulaeva.

Ale jeszcze zanim do tego doszło, Khaybulaev zaczął pojawiać się w mediach. W „Gazecie Wyborczej” opowiadał o swojej przeszłości w Dagestanie. To region, w którym w czasach jego młodości toczył się konflikt zbrojny.

„Zaangażowałem się, byłem poszukiwany listem gończym. Wojnę przegraliśmy. Więc uciekłem do Polski, dostałem status uchodźcy i się urządziłem. Prowadzę gospodarstwo ze zdrową żywnością” – mówił w 2018 r. Przyznawał, że ma trzy żony, choć według polskiego prawa tylko jedną.

Wracamy do afery z martwymi kozami. Kilkadziesiąt zwierząt przewiezionych na wyspę pełniło funkcję żywych kosiarek będąc częścią ekologicznego projektu. Na mocy umowy ze stołecznym ratuszem dostarczył je ze swojego gospodarstwa właśnie Rustam Khaybulaev. Dostawał od miasta 12 tys. miesięcznie. Po znalezieniu na wyspie dwunastu martwych kóz usłyszał prokuratorskie zarzuty.

Zapytałem go, jak ta sprawa się zakończyła. Odpowiedział, że nie został skazany, ale nie potrafił konkretnie odpowiedzieć, jaki był finał postępowania. Chętniej mówi o wypasie na wyspie.

- Od trzech lat prowadziłem wypas kóz w tamtym miejscu na podstawie umowy z miastem. Wspierał mnie bezdomny, któremu pomogłem wyjść z nałogu. Po dwóch latach zaufałem mu na tyle, że zostawiłem go na wyspie samego. I to pewnie był błąd z mojej strony, bo znowu zaczął popijać – opowiada.

Tłumaczy, że kozy były najprawdopodobniej chore i wymagały profesjonalnego leczenia, a „bezdomny, który zapewne zaniedbał zwierzęta, bał się zawiadomić go o kłopotach”.

– Wszystkie odebrane mi wtedy zwierzęta padły w miejscu, do którego zostały przetransportowane – mówi Rustam Khaybulaev.

Twierdzi, że od człowieka, który wówczas nagłośnił sprawę domaga się pół miliona złotych odszkodowania i sprawa ta jest w toku.

To nie jest czarno-biała sytuacja

Roman Adamczyk, wójt gminy Michów, po rozmowie z nami pojechał na miejsce. Mówi, że zmiany, które zaszły tam od czasu jego ostatniego pobytu, to zmiany na lepsze.

- Teren jest w miarę szczelnie ogrodzony, kur jest znacznie mniej niż wcześniej – mówi wójt. – Ptaki nie znajdowały się od strony drogi, tylko z drugiej, za budynkiem. Widać, że ktoś to miejsce posprzątał.

Roman Adamczyk zapytany o fetor (6 maja, gdy był na miejscu było gorąco) mówi, że obszedł budynek dookoła i nie stwierdził nieprzyjemnego zapachu.

– Teren wygrabiony, odchodów nie było widać.

Pytany o konflikt między hodowcą a mieszkańcami, wójt odpowiada, że tego samego dnia rozmawiał telefonicznie z Rustamem Khaybulaevem.

- Jeśli pojawiają się zgłoszenia, np. dotyczące kur poza ogrodzeniem, to on na nie reaguje, stara się dostosować – kontynuuje wójt Michowa. – Tu, w mojej ocenie, jest problem z dogadaniem się z człowiekiem reprezentującym zupełnie odmienną kulturę i religię. Przy czym problem ten nie dotyczy całej wsi, a pojedynczych osób. Mam nadzieję, że to porozumienie jest tylko kwestią czasu. 

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo