Związkowcy ZUS z województwa lubelskiego są częścią ogólnopolskiego protestu. W Lublinie od tygodni każdego dnia pracy wychodzą w południe tłumnie przed budynek przy ul. Zana w czasie należnym im na przerwę. Domagają się podwyżki.
Postulaty są na stole
Fundamentem konfliktu są konkretne żądania, które związki zawodowe kładą na każdym spotkaniu z decydentami. Pracownicy nie owijają w bawełnę. Domagają się przede wszystkim realnego wzrostu płac zasadniczych o 1200 zł brutto na etat. To kwota, która ich zdaniem zrekompensuje trud pracy i lata zaniedbań płacowych.
Obok pieniędzy, na liście priorytetów znajduje się walka z „obciążeniem ponad siły”. Urzędnicy żądają dostosowania poziomu zatrudnienia do liczby realizowanych zadań oraz systemowej modernizacji budżetu ZUS. Chcą, by resort finansów przestał traktować ich instytucję jako tanie zaplecze administracyjne i zapewnił środki na rzeczywisty dialog społeczny z udziałem strony rządowej.
Miliardowa przepaść
Liczby pokazują, jak głęboki jest rów między oczekiwaniami a propozycjami rządu. Podczas gdy realizacja postulatów związkowych kosztowałaby ok. 1 mld zł rocznie, w budżecie na 2026 rok zaplanowano jedynie 3-procentowe podwyżki. Dotychczasowa oferta Zarządu ZUS, czyli 200 zł do podstawy (łącznie 284 zł z dodatkami) i jednorazowa nagroda 2000 zł, została odrzucona jako niewystarczająca.
Po burzliwej okupacji centrali i podpisaniu protokołu rozbieżności 15 kwietnia, spór wszedł w fazę mediacji. Nadzieją na przełamanie impasu ma być Paweł Galec, doświadczony ekspert zaakceptowany przez obie strony. Związkowcy zapewniają, że jego bezstronność i znajomość specyfiki ZUS dadzą gwarancję rzetelnego dialogu, którego dotąd brakowało. Związki zawodowe podkreślają, że solidarnie przystępują do tego etapu, licząc na arbitra, który pomoże wyjść z decyzyjnego klinczu.
„My nie jesteśmy robotami!”
To napięcie znalazło swoje ujście w poniedziałek (27 kwietnia) podczas pikiety pracowników ZUS w Warszawie. Tłum, który wypełnił przestrzeń przed Ministerstwem Finansów, głośno przypomniał o swoim istnieniu. W huku gwizdków i morzu transparentów niosło się skandowanie: „Nie jestem robotem!”, „Automaty chcą zapłaty!” czy „Godna płaca!”.
– Jesteśmy na pikiecie pod Ministerstwem Finansów, aby zamanifestować nasze niezadowolenie z prowadzonej polityki względem naszej grupy urzędniczej. Domagamy się szacunku, domagamy się godnych wynagrodzeń i zaprzestania pracy w nadgodzinach przy realizacji podstawowych zadań. To są nasze postulaty i tego dziś żądamy od rządzących – mówiła Beata Wójcik, szefowa Związku Zawodowego Pracowników ZUS.
Ważnym głosem podczas protestu była również reprezentująca region lubelski Regina Borkowska, przewodnicząca Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" ZUS z siedzibą w Chełmie:
– My nie jesteśmy automatami. My jesteśmy pracownikami. Jesteśmy matkami, jesteśmy żonami. Chcemy mieć również życie po godzinach, a nie ciągłą pracę w biegu. My po prostu chcemy godnie pracować, godnie zarabiać i godnie żyć.
Mają poparcie szefa Razem
Wsparcie dla protestujących zadeklarował obecny na miejscu poseł Adrian Zandberg.
– Oszczędności na pracownikach polskiego państwa są bardzo głupie i krótkowzroczne. One po prostu polskie państwo osłabiają – mówił przewodniczący partii Razem, apelując do premiera Tuska i ministra Domańskiego o powrót "do poważnych rozmów".
Wczorajsza demonstracja pod oknami resortu pokazała, że urzędnicy nie są już anonimową grupą. Jak czytamy w komunikacie związkowców:
– Razem tworzymy wspólnotę, której nie da się zignorować!
Dziś (28 kwietnia), trwa kolejna runda rozmów z przedstawicielami rządu. Czy ostatecznie uda sie uniknąć paraliżu jednej z najważniejszej instytucji w Polsce?
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.