Bogdanka LUK Lublin w obecnym sezonie gra na aż trzech frontach. Po ostatnim meczu w Lidze Mistrzów podopieczni Stephane Antigi nie mieli zbyt wiele czasu na odpoczynek. Od razu po czwartkowym meczu udali się do Krakowa na półfinał Pucharu Polski, mając w nogach dziesięć setów, rozegrane na przestrzeni sześciu dni. Pomimo tego pozostawali faworytem w starciu z Indykpol AZS Olsztyn, wyrastającym na czarnego konia tegorocznej PlusLigi.
Rywale lublinian po czternastu spotkaniach mają zaledwie jedno zwycięstwo mniej, i analogicznie jedną porażkę więcej. Kolejny raz od początku spotkania ciężar gry musiał wziąć na siebie Wilfredo Leon. "Żółto-czarni" szybko wyszli na prowadzenie 5:2, które natychmiastowo przerodziło się w rezultat 10:3. Bardzo konsekwentna gra pozwoliła dowieźć to prowadzenie do samego końca i po pierwszej partii było 1:0 dla faworyzowanego zespołu.
W drugim secie scenariusz wyglądał zupełnie odwrotnie. To olsztynianie szybko wypracowali sobie trzypunktową przewagę. LUK utrzymywał się w kontakcie aż do stanu 9:11, kiedy to AZS zaczął krótkimi seriami odskakiwać na kolejne "oczka". W pewnym momencie było nawet 12:19 i jasnym stało się, że ten mecz po prostu musi wyjść poza formułę trzech setów. Ostatecznie Bogdanka LUK przegrała 16:25.
W trzecim secie, wzorem poprzedniego, jedna ze stron błyskawicznie zaczęła przejmować inicjatywę. Tym razem byli to zawodnicy Antigi, którzy po ataku blok-aut w wykonaniu Kewina Sasaka wyszli na prowadzenie 9:5. Pomimo tego oponenci byli w stanie nawiązać jeszcze walkę. Sprawę wyjaśniła końcówka seta, kiedy po serii świetnej defensywy w wykonaniu LUK-u od stanu 14:13 zrobiło się 20:16. Mistrzowie Polski z łatwością dopilnowali przewagi i prowadzili już 2:1.
Po dwóch z rzędu tie-breakach lubelscy kibice mieli z pewnością nadzieję na wygraną 3:1, ale ten pomysł z głowy szybko zaczęli im wybijać graczy z Olsztyna. Od początku czwartej partii grali jak z nut, wychodząc na prowadzenie 7:2. Świetna gra Leona pozwoliła "podłączyć" się jeszcze do walki i w pewnym momecie było nawet 18:18, ale ostatecznie po secie rozstrzygniętym na zaawansowane przewagi górą byli rywale, którzy wytrzymali wojnę nerwów i wygrali 32:30.
Kolejny raz potwierdził się jednak, że kiedy na szali jest prawdziwy mecz, a na gardle pojawia się nóż, lubelska ekipa nie ma sobie równych. Przy zmianie stron było 8:6 dla panującego mistrza, który ostatecznie za sprawą ataku Wilfredo Leona zamknął mecz, wygrywając tie-break do 12 i zameldował się w niedzielnym finale.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.