Wielu klientów chce przełożyć wycieczki na wrzesień

region - Gdy przyszedł kryzys, nagle okazało się, że my straciliśmy dochody, na które pracowaliśmy od września - mówi Wojciech Padyasek, właściciel biura podróży Continental Travel w Lublinie.

Dominik Smagała

Opublikowano: 9 czerwca 2020 16:07 | Aktualizacja: 9 czerwca 2020 17:10

Czym się zajmujecie, w czym się specjalizujecie?


Działalność naszego biura podróży - Continental Travel - opiera się na trzech filarach. Pierwszy to sprzedaż wycieczek i wczasów innych, największych biur podróży - od 12 lat jesteśmy agentem turystycznym, działamy w sieci Travel Planet. Drugi filar to tour operator, czyli organizator turystyczny. Sami tworzymy produkt turystyczny i promujemy go oraz sprzedajemy jako nasze przedsięwzięcie. W tym przypadku to my sami dobieramy zakres wycieczki do potrzeb klienta, zamawiamy transport, rezerwujemy hotel czy układamy program wyjazdu. Trzeci filar to turystyka przyjazdowa, tu też jesteśmy organizatorem. Mamy markę Lubelskiewycieczki.pl, gdzie promujemy i organizujemy turystykę przyjazdową do Lublina i jego okolic.


Zapytam banalnie - co słychać w Waszym biznesie?

 

Przeżywaliśmy w naszej działalności już kilka kryzysów, one są w tej branży cykliczne. Ich powodem były na przykład katastrofy lotnicze, bankructwa dużych biur podróży czy nawet wybuch wulkanu na Islandii, który zablokował ruch lotniczy na pewien czas. I my jesteśmy do tego już przyzwyczajeni i przygotowani, bo taki jest ten biznes. Teraz mamy jednak do czynienia z sytuacją bez precedensu. Głośno jest o sytuacji przedsiębiorców z innych branż, np. transportowej czy gastronomii. Jednak te firmy działały i zarabiały do połowy marca. My natomiast sprzedaż wycieczek na lato 2020 zaczęliśmy we wrześniu. Od tego czasu pracowaliśmy z naszymi klientami, spotykaliśmy się z nimi, wybieraliśmy odpowiednie oferty, szukaliśmy rozwiązań. To nie działa tak, jak w sklepie spożywczym, gdy klient wchodzi po bułki, kupuje je i wychodzi. U nas proces sprzedaży trwa znacznie dłużej. Gdy przyszedł kryzys, nagle okazało się, że my straciliśmy dochody, na które pracowaliśmy od września. Nasz zarobek z kilku miesięcy został skasowany. Rezerwacje trzeba teraz anulować, mamy już większość odwołanych wyjazdów do końca czerwca. A anulacja też wymaga od nas pracy: przeanalizowania warunków anulacji, kontakt z klientem, przygotowanie pisma. Pracujemy więc teraz, wiedząc, że robimy to zupełnie za darmo. To nie wszystko. Jako organizator wycieczek podpisywaliśmy umowy z zorganizowanymi grupami, od których pobieraliśmy zaliczki. Te pieniądze wykorzystywaliśmy na rezerwację miejsc w hotelach, transportu, biletów do atrakcji turystycznych. W marcu Rząd RP zobligował nas do oddania wszystkim naszym klientom pobranych zaliczek. Nam natomiast nikt nie odda pieniędzy, które wpłaciliśmy na rezerwacje. Muzea, przewodnicy, hotele - te jednostki nie zostały zobligowane do zwrotu zaliczek. Chodzi tu o kilka tysięcy złotych na każdą grupę wycieczkową. W ramach tarczy antykryzysowej klientom proponowane są vouchery, ale ludzie znają sytuację branży turystycznej i podchodzą do biur podróży nieufnie.

 

Co w takiej sytuacji? Bierzecie pod uwagę zamknięcie swojego biura?


Jak wspomniałem, jesteśmy przyzwyczajeni do kryzysów. Nie było takich sytuacji, że trzeba oddawać zaliczki, ale mieliśmy po kilka miesięcy bez żadnych dochodów. Podchodzimy odpowiedzialnie do naszych klientów, więc nie pozwolilibyśmy sobie na pracę bez odpowiedniej poduszki finansowej. Można było ją wypracować po ostatnich sezonach, gdy biura podróży miały bardzo dobrą koniunkturę. Wiele biur podróży wykorzystało ją i sporo inwestowało. My robiliśmy to bardzo ostrożnie. Dzięki temu przetrwamy kryzys. Staramy się widzieć plusy sytuacji.


Kiedy po raz pierwszy realnie odczuliście, że zbliża się kryzys?


To, że zbliża się kryzys, uświadomiliśmy sobie, gdy zobaczyliśmy, jak w mediach opowiada się o koronawirusie i co w związku z tym przedsięwziął Rząd. Decyzje zapadły nagle, m.in. o wprowadzeniu dwutygodniowej kwarantanny po powrocie z zagranicy. Stało się jasne, że nikt w takiej sytuacji nie będzie wtedy jeździł na wycieczki. To nie działo się stopniowo, więc nie było możliwości, by się do tego przygotować.


Nie było wcześniej symptomów zbliżającego się kryzysu? Koronawirus rozprzestrzeniał się wcześniej w Europie, głównie we Włoszech.


Obserwowaliśmy sytuację, ale mieliśmy już pewne doświadczenie w tej kwestii. Kilka lat temu rozprzestrzeniała się świńska grypa, która też była problemem na całym świecie, ale w Polsce ona się aż tak nie rozwinęła. Sami jesteśmy zaskoczeni tym, że sytuacja przybrała aż taki obrót. Symptomy były bardzo delikatne, po prostu w pewnym okresie, kilka miesięcy temu, klienci nie latali do Chin. Nie wpływało to jednak znacząco na naszą sprzedaż.


Odczuwacie w jakiś sposób pomoc w ramach tarczy antykryzysowej zaproponowaną przez Rząd?


Jesteśmy zwolnieni z czynszu wynajmu lokalu w galerii handlowej, w której mieści się nasze biuro. Pod warunkiem, że będziemy je tu prowadzić przez określony czas. Nie ma jednak specjalnych rozwiązań dla branży turystycznej. Poskładaliśmy wnioski o kilka form wsparcia: świadczenie postojowe, dofinansowanie prowadzenia działalności oraz pożyczkę 5 tys. zł. Czekamy na ich rozstrzygnięcie. Jednak 5 tys. zł to jest ułamek kosztów, które teraz ponosimy. To wsparcie jak na razie dotyczy trzech miesięcy. A branża turystyczna będzie z tego kryzysu wychodzić znacznie dłużej niż wiele innych gałęzi gospodarki. Czujemy się trochę rozżaleni. Przez lata zasilaliśmy Urząd Skarbowy ogromnymi kwotami. W biurze podróży nie ma znaczących kosztów. My oddajemy więcej niż 50 proc. w podatkach z każdej zarobionej złotówki. Godzimy się na to, bo czujemy się odpowiedzialni za składanie się na funkcjonowanie tego państwa. Ale teraz to my jesteśmy w kłopocie, a państwo nie rozwiązuje w żaden sposób naszych problemów. Do tego biura podróży są obecnie całkowicie pozbawione możliwości zaciągania w bankach kredytów obrotowych. Niezależnie od historii kredytowej w danym banku.


Działalności nie ułatwia Wam też brak stabilnej wizji najbliższej przyszłości.


Trudnością dla nas jest też to, że nie wiemy, do czego mamy się dostosowywać. Najpierw otrzymaliśmy informację, że hotele miały ruszyć w ostatnim etapie odmrażania gospodarki, czyli pod koniec maja. Nagle, tuż przed weekendem majowym jest wiadomość, że hotele ruszają od 4 maja, ale bez restauracji. Chaos jest niesamowity. Wszystkiego dowiadujemy się z komunikatów w mediach, ale te decyzje potrafią się zmieniać co dwa dni. Jak w takiej sytuacji informować klientów? Oni też są poszkodowani w tej sytuacji, bo zaplanowanie wyjazdów kosztowało ich wiele wysiłku. Współczujemy im. Nie zostawiamy ich samych, przeprowadzamy zmiany w ich rezerwacjach.


Zatrudniacie pracowników?


Zatrudnialiśmy. Gdy przyszedł kryzys, musieliśmy rozstać się z dwiema pracowniczkami. Szkoda, bo bardzo dobrze nam się współpracowało. Nasza decyzja spotkała się jednak z dużym zrozumieniem z ich strony. Musieliśmy w ten sposób optymalizować nasze koszty. Po dwóch miesiącach od zwolnienia pracowniczek okazało się, że nie musieliśmy tego robić, bo Rząd zaproponował dofinansowanie kosztów zatrudnienia pracowników.


Zakładając, że sytuacja w Polsce, Europie i na świecie w ciągu kilku miesięcy będzie już spokojna - jaką przyszłość przewidujecie dla branży turystycznej?


W takim przewidywaniu przyszłości nie możemy bazować na adekwatnych doświadczeniach, bo takiego kryzysu jeszcze nie było. Biorąc jednak pod uwagę wszelkie kryzysy, które dotychczas dotykały branżę turystyczną, to nigdy nie było tak, że odpływało 100 proc. klientów. Wiemy już, że hotele w Grecji, Turcji czy Egipcie zostaną otwarte w lipcu. Jeżeli będzie już możliwość ruchu turystycznego, to wiemy, że klienci wrócą. Nie wszyscy, ale oni będą. Mieliśmy kilka lat temu przykład zamachów terrorystycznych w Tunezji, doszło wtedy do strzelanin w muzeum i na plaży. Okazało się wówczas, że mamy dużo świadomych klientów, którzy zdają sobie sprawę z tego, jak stosunkowo niskie jest ryzyko wyjazdu w miejsce, w którym w ostatnim czasie doszło do takiego zamachu. I sprzedawaliśmy wówczas wycieczki do Tunezji. Sądzimy więc, że klienci wrócą, ale będą wybierać miejsca gwarantujące większe bezpieczeństwo, np. hotele z certyfikatami o wolności od koronawirusa. Tym bardziej że ludzie są teraz zamknięci w domach. Dzwonią do nas i mówią, że pojechaliby już teraz gdziekolwiek.


Spotkałem się z teorią, że po pandemii koronawirusa rozwinie się turystyka wewnątrzkrajowa.


Myślimy, że część klientów przerzuci się na turystykę wewnątrzkrajową. Tym bardziej że Rząd bardzo do tego zachęca, proponując bony. My sami jesteśmy wielkimi zwolennikami tego, by turyści dużo po Polsce podróżowali. Promujemy Lubelszczyznę i cieszymy się, gdy turyści do nas przyjeżdżają. Myśląc jednak obiektywnie: stosunek ceny do jakości, jaki dostajemy na wyspach greckich lub w Turcji do cen i zawartych w nich świadczeń, które dostajemy u nas, wychodzi bardzo na niekorzyść Polski. Mamy klientów, którzy mówią, że pojechaliby nad polskie morze, ale ich nie stać, więc wybierają Majorkę. Po części nastawiamy się jednak na turystykę krajową, podpisaliśmy umowy z wieloma hotelami. Nie wiemy, ilu klientów zdecyduje się na szukanie ofert przez biuro podróży, ale takie propozycje znajdą się w naszej ofercie. Dostosujemy się do sytuacji.

 

Kryzys wpłynie na ceny wycieczek?


Wpłynie, ale niekoniecznie na plus. Wyjazdów zagranicznych będzie mniej. Klienci mają nadzieję, że zaraz wycieczki zagraniczne będą po 500 zł. Tak na pewno nie będzie. Wręcz przeciwnie, wycieczki mogą podrożeć. W tym momencie wielu klientów chce przełożyć wycieczki na wrzesień. A byli już klienci, którzy wcześniej wykupili wycieczki na ten termin. Okazuje się teraz, że popyt jest dużo większy niż podaż. W efekcie wrześniowe wycieczki zdrożały.

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.